Menu

Wiśnia ogląda tureckie seriale. I nie tylko...

Mocno niepoważne "recenzje" tureckich seriali. Dla wszystkich tych, którzy chcieliby wiedzieć, o co w nich chodzi, bez konieczności oglądania. Ale też dla tych, którzy tak jak Wiśnia nałogowo je oglądają, a potem potrzebują odreagowania. Przestrzegam przed ogromną porcją sarkazmu. Tutaj nie ma miejsca na litość dla fikcyjnych bohaterów. Ale miłości ociupinka też się czasem znajdzie.

Dwa Słowa #3

wisniesia

Ach, półmetek. Ratingi nie są dla nas zbyt łaskawe i powoli wypadamy z ramówki, ale zanim na dobre wypadniemy, czeka nas kulminacja przygód Havvy i Merta. Robi się coraz bardziej niedorzecznie, bo to już taki moment, w którym scenarzyści sami nie wiedzą, co wymyślać. 

CZĘŚĆ 3. 

Zaczynają się "poważne" rozmowy między protagonistami. Słowa ukryte w tekście: kwiatki, lilia, szampan, zgniłe jaja, stercz, lodzio-miodzio.

Po tym, jak dzieci w szkole z entuzjazmem przyjęły Merta w roli reżysera przedstawienia, zadowolony z siebie mężczyzna postanawia odwiedzić Havvę w celu poproszenia jej o pomoc w napisaniu scenariusza bajki, którą chcą wystawiać jego małoletni podopieczni. Uwaga, bo to kolejny toporny gag do kolekcji. Jest po dziesiątej wieczorem. Mertowi wydaje się, że są z Havvą takimi przyjaciółmi, że pora odwiedzin nie ma znaczenia. Tym czasem Havva bez szczególnej radości otwiera drzwi i próbuje mu wytłumaczyć, niczym Ferdek Paździochowi, że noc jest, kurde. Merta to jednak nie zraża i wchodzi do mieszkania. Havva pyta go, co gdyby był u niej teraz jakiś facet, na co on zaczyna się śmiać i odpowiada, że na pewno wiedziałby o tym. Jego pewna siebie mina zaczyna jednak rzednąć na widok dwumetrowego dryblasa wychodzącego z pokoju. Dryblas też robi oczy w pięć złoty i głośno myśląc zastanawia się, czy przypadkiem nie jest przemęczony, czy może jednak naprawdę widzi Merta Belę. Havva przedstawia sobie obu panów, po czym dryblas szczebiocze o tym, jak to jego babcia przed laty wycięła z gazety zdjęcie Merta Beli, będącego wtedy u szczytu swej popularności, i włożyła je do ramki w kwiatki, udając przed sąsiadkami, że to jej prawdziwy, acz zaginiony wnuk. Mert robi na te rewelacje głupią minę i wyciąga Havvę do kuchni na cztery oczy. Ciekawość go zżera, kim jest tamten facet, ale Havva nie czuje się w obowiązku informowania go o swoim życiu. Kobieta odpowiada wymijająco i prosi, by Mert w końcu wysłowił się, po co przyszedł. Wysłuchawszy pomysłu świeżo upieczonego reżysera, kobieta zgadza się zająć bajką dla dzieci.

Po wyjściu z mieszkania Havvy, Mert całą drogę do domu jest zamyślony i niewiele brakuje, żeby wpadł pod samochód. Tak bardzo rozkminia tego faceta u niej. Teraz można wkleić chwytającą za serce składankę wszystkich ich najlepszych momentów, koniecznie z efektem wizualnym charakterystycznym dla wspomnień, a w tle jakąś romantik muzykę. 

Nazajutrz Mert nie daje za wygraną i wypytuje Havvę o tamtego gościa. Ona mówi mu przesadnie dramatycznym tonem, że może już przestać być zazdrosny, bo aktualnie całe jej życie zajmuje właśnie on. Mert odpowiada, że wiele dałby za to, żeby kiedyś jakaś kobieta powiedziała mu takie słowa szczerze, a nie z przekąsem. Dobry moment na kolejną porcję głębokich spojrzeń.

Kilka dni później Havva i Mert rozpoczynają pracę z dzieciakami. Na to schodzi sporo czasu antenowego, ale jest największa beka. A to pojawia się zabawny szkolny pan złota rączka, którego ulubionym powiedzonkiem jest lodzio-miodzio (potem cały kraj podchwytuje to powiedzenie, tak jak kiedyś git majonez), a to Havva udaje zawał, gdy ktoś proponuje lilie w scenografii, bo od ich zapachu woli już woń zgniłych jaj, a to znowu Mert pewnego dnia stale biega do WC, z czego śmieje się Havva i insynuuje jakieś problemy ze sterczem. Jaja jak berety.

Po paru tygodniach w szkole odbywa się wielka premiera spektaklu, na której oczywiście pojawiają się jej twórcy. Przedstawienie odnosi wielki sukces, mówią o nim w telewizji, piszą w gazetach. Ogólnie rzecz biorąc, wyszło z tego jeszcze większe show, niż reklama Orange, nie wspominając już o tym, że podopieczni Merta i Havvy nie męczą w kółko jednego wersu znanej piosenki, tylko wystawiają trwające ponad godzinę spektakularne widowisko. Mert osiąga swój cel - znów o nim mówią. W Havvie zaś pewien dziennikarz rozpoznaje młodą pisarkę, z którą rozmawiał lata temu, tuż po ukazaniu się jej debiutanckiej i, jak dotąd, ostatniej powieści. 

Gdy emocje związane z przedstawieniem opadają, Havva w towarzystwie Merta kończy scenariusz. Po napisaniu ostatniej kropki nasi protagoniści postanawiają uczcić po pierwsze sukces swojego teatrzyku, a po drugie ukończenie prac nad scenariuszem. Mert z tej okazji otwiera szampana. Jednak zamiast radosnej atmosfery rozmowa szybko przeradza się w poważną rozmowę dwojga ludzi, którzy są mistrzami w papraniu sobie życia. Ale żeby nie było samych smutów, im więcej alkoholu, tym zabawniej. 

Finalnie Havva i Mert są już tak ubzdryngoleni, że dosłownie turlają się po podłodze. Pijani ludzie w serialach są tacy śmieszni... Na koniec Havva pyta Merta o to, czy ich scenariusz ma jakieś szanse. On mówi, że ogromne, bo to co napisała, jest bardzo dobre. Wtedy ona odpowiada, że gdyby nie on, przestałaby w ogóle pisać, albo napisałaby jeszcze gorsze gówno, niż poprzednim razem. Chwila ciszy. Po niej Mert nagle zmienia temat i wyznaje Havvie, że od dłuższego czasu bardzo się mu podoba. Ale ona nie słyszy, bo zdążyła zasnąć w otumanieniu alkoholowym na dywanie. Cała romantyczna gadka psu na budę. 

© Wiśnia ogląda tureckie seriale. I nie tylko...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci